Amores perros

Tytuł oryginalny: Amores perros
Gatunek: Dramat, Thriller
Rok: 2000
Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Guillermo Arriaga
Muzyka: Gustavo Santaolalla

„Amores perros” to wielki debiut Iñárritu, który to od tamtego czasu zyskał sławę oraz wielu wiernych fanów na całym świecie. Warto wspomnieć kilka słów o samym reżyserze, bo to postać bardzo barwna. Jako młodzieniec zaczynał pracę jako DJ, już w wieku 23 lat współtworzył jedną z najbardziej znanych rozgłośni radiowych w Meksyku. W tym czasie nakręcił też kilka mniejszych reklamówek do telewizji, a następnie wyjechał studiować do USA, gdzie też stworzył kolejne filmy i reklamy, które zostały już zauważone. Przełomem był właśnie początek XXIw. i jego pierwszy poważny pełnometrażowy film – wspomniane „Amores perros”.

Akcja filmu dzieje się w stolicy Meksyku, jednym z największych miast świata. Fabuła jest wielowątkowa, przedstawia osobne losy kilkoro osób, które mają wspólny mianownik – wypadek samochodowy. Bohaterowie są bardzo odmienni mimo, że mieszkają w tym samym mieście, to reprezentują bardzo różne światy.
Octavio jest jednym z głównych bohaterów, to kilkunastoletni, zagubiony chłopak, mieszkający w skromnych warunkach ze swoją rodziną i zakochany… w żonie swojego brata, z którą planuje ucieczkę. Pieniądze na nią chce zdobyć w nielegalnych walkach psów.
Drugą historią jest wątek romansu pięknej modelki Valerii z wydawcą Danielem, który dla niej porzuca rodzinę i dotychczasowe życie.
Ostatnim i kto wie czy nie najciekawszym wątkiem jest historia Chivo, ulicznego wyrzutka z przegranym życiem, którego córka nie chce znać, a na starość dorabiającym jako płatny zabójca.

„Amores perros” mimo, że ukazuje bardzo dramatyczne losy to jest też filmem bardzo dobrze trzymającym w napięciu. Film uczy nas jak z pozoru bagatelne decyzje mogą się jednak w konsekwencji okazać ważnymi zwrotami, jak W jednej chwili człowiek może stracić bardzo wiele, by ktoś inny w tym samym czasie dużo zyskał. W obrazie tym wspaniały jest jeszcze klimat, także dzięki genialnej ścieżce dźwiękowej, a sam scenariusz jest bezbłędny. Zdecydowanie film do którego można wracać wielokrotnie.

Powrót

Tytuł oryginalny: Vozvrashchenie
Gatunek: Dramat
Rok: 2003
Reżyseria: Andriej Zwiagincew
Scenariusz: Vladimir Moiseyenko, Aleksandr Novototsky
Muzyka: Andrei Dergachyov

Gdybym miał się postarać o wymienienie najlepszych debiutów reżyserskich na wielkim ekranie, po chwili zastanowienia wskazałbym „Nóż w wodzie” Polańskiego, „Easy ridera” Dennisa Hoppera i „Obywatela Kane” Orsona Wellesa, nie bałbym się jednak obok tych już wielce docenionych dzieł postawić debiut rosyjskiego reżysera Andrieja Zwiagincewa ze świetnym „Powrotem”. Film dający w XXIw. nadzieję na odbudowę rosyjskiej kinematografii nawiązując do wielkiej tradycji związanej z Tarkowskim, Klimowem i choćby Szepitko. Oglądając „Powrót” można mieć w fragmentach wręcz wrażenie, że niektóre kadry są wycięte z filmów Tarkowskiego, a sam Zwiagincew naśladuje styl mistrza.

Film opowiada historię dwójki braci, którzy przez czas dwunastu lat mieszkali tylko wraz z matką i babką. Nieoczekiwanie ich ojciec powraca do domu. W filmie nie dostaniemy wprost informacji, gdzie przez ten czas ojciec przebywał i co tam robił, możemy się tylko domyślać. Przybysz, wyglądający ozięble i tak się zresztą zachowujący postanawia zabrać synów w podróż nad jezioro. Chłopcy są nim zafascynowani początkowo pod każdym względem. Starają się rywalizować o jego względy. Tak jak w filmach Andrieja Tarkowskiego dla głównego bohatera wzorem osobowym był Jezus Chrystus, tak tutaj mamy podstawy niejako utożsamiać ze sobą osoby Ojca i Chrystusa. Ku temu daje nam podstawy także reżyser, chociażby tą sceną, która pojawia się na początku filmu:

Dla porównania dodałem też zdjęcie obrazu Andrei Mantegniego pt.”Opłakiwanie zmarłego Chrystusa”. Nietrudno zauważyć podobieństwo, a jeszcze trudniej udać, że jest ono przypadkowe.

Zwiagincew nie podaje nam wszystkiego wprost, pozostawia tym pole do interpretacji. Dzięki tym niedopowiedzeniom film oprócz atmosfery alienacji, którą możemy odczuć podczas pobytu bohaterów na wyspie nabiera także aurę tajemniczości. Poza tym warto wyróżnić ciekawe zakończenie, w którym nie czułem patosu znanego mi z filmów amerykańskich. Ciekawostką, niestety smutną jest to, że w tym samym jeziorze, przy którym odbywała się akcja filmu niedługo po zakończeniu zdjęć utopił się podczas swoich wakacji Vladimir Garin, aktor odgrywający rolę starszego brata (miał zaledwie 16 lat). Zachęcam gorąco do seansu.

Lemoniadowy Joe

Tytuł oryginalny: Limonádový Joe aneb Koňská opera
Gatunek: Komedia, western
Rok: 1964
Reżyseria: Oldřich Lipský
Scenariusz: Oldřich Lipský, Jiří Brdečka
Muzyka: Vlastimil Hála , Jan Rychlík

Aż dziw, że taki film powstał w latach 60 w komunistycznym kraju europejskim. Gdy się go ogląda, czujemy, że rzeczywiście rozgrywa się na dzikim zachodzie. Sam jestem ciekaw skąd Czesi wzięli wtedy taką scenografię, zresztą kostiumy też niczego sobie. Wydany też był pewnie jako film propagandowy by w jakimś sensie wyśmiać amerykańskie westerny z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Choć osobiście uwielbiam sam ten gatunek, wszak bardziej spod znaku spaghetti, ale mam też kilka swoich lubianych pozycji amerykańskich to film ten jak najbardziej przypadł mi do gustu.

Gdy włączycie film i zobaczycie dziwną kolorystykę – zżółkniętą, czasami fioletową, zieloną czy też czerwoną nie próbujcie poprawiać kabla prowadzącego do waszego ekranu. Kolorystyka zmienia się zależnie od nastroju głównego bohatera, bądź miejsca, w którym się znajdujemy, tak więc wszystkie poniższe zdjęcia pochodzą z tego samego filmu:

lemon joe

W naszej parodii westernowej zostały wyśmiane niemal wszystkie schematyczne elementy powielane w następnych to klasycznych westernach, czyli źli przybysze ubrani są na czarno, są niechlujni, a nasz główny bohater noszący od stóp do głowy białe barwy „Lemoniadowy Joe” jest nieskazitelnym obrońcą uciemiężonych. Gdy w barze przebywa banda zbirów pijących oczywiście, jak mogłoby być inaczej – whiskey, nasz Joe zamawia lemoniadę „KolaLoka”, mówiąc, że alkohol szkodzi na celność oka strzelca. Występuje też piękna, młoda i walcząca o prawa innych dziewczyna, która już na początku filmu obiecuje na grobie matki, że odda swoje dziewictwo tylko Joe…

W filmie tym tak naprawdę nic, albo nie wiele jest traktowane na poważnie, a zwieńczeniem jest wręcz zaciągnięta z amerykańskich reklam końcowa scena. Film jest niewątpliwie bardzo groteskowy z niemożliwym wręcz klimatem, a jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić są może zbyt częste popisy wokalne głównych bohaterów, możemy wręcz z czasem mieć wrażenie, że oglądamy musical. Jednak główny motyw wykonywany przez Joe pozostaje w głowie. Polecam wszystkim od najmłodszych, aż do najstarszych fanów westernu i nie tylko.

Lot nad kukułczym gniazdem

Tytuł oryginalny: One Flew Over the Cuckoo’s Nest
Gatunek: Dramat
Rok: 1975
Reżyseria: Milos Forman
Scenariusz: Bo Goldman, Lawrence Hauben
Muzyka: Jack Nitzsche

Jeden z tych filmów, który otworzył mi oczy na wielkie kino. Jeden z moich ulubionych do dziś i jeden z niewielu rewelacyjnych filmów, które jednak zostały zauważone przez Hollywood (5 oscarów). Film jest zaliczany do tzw. niepodważalnej klasyki kina, więc każdy szanujący się kinoman powinien go zobaczyć. Jeśli jednak nie było ci dane jeszcze go zobaczyć – nic straconego, w myśl przysłowia: „nigdy nie jest za późno”. W obrazie twórcy „Amadeusza” zawarte jest bardzo wiele uniwersalnych po dziś przesłań, a sam film owiany jest wieloma komicznymi scenami, więc oglądanie powinno być raczej przyjemne.

Do zakładu psychiatrycznego trafia McMurphy (genialny w swojej roli J.Nicholson). Chce on uniknąć więzienia za kradzieże i seks z nieletnią, próbując udawać świra. Dostaje szanse na pobyt w takim zakładzie, gdyż wcześniej stwierdzono u niego nadpobudliwość i nadmierną agresję. W ośrodku panuje przyjazna atmosfera z wyjątkiem szefowej oddziału siostry Ratched, która jest bardzo obowiązkowa i nie dopuszcza jakiegokolwiek łamania zasad. McMurphy planuje jednak ucieczkę, chce on na to namówić też innych pacjentów, lecz dowiaduje się od nich, że są oni tam z własnej woli…

Obraz Formana jest wiekopomny, ciekawą sprawą jest zastosowanie komediowego charakteru przez dłuższą część filmu, by przejść później do dramatu bohatera, który widzieliśmy także w „Amadeuszu”. Film w swoim czasie był super-produkcją (na planie gwiazdy chociażby w postaci Nicholsona, DeVito, Lloyda), a takie produkcje głównie okazują się klapą, tym bardziej powinniśmy docenić wyczyn  Milosa Formana i jego reżyserię , którą na zawsze wpisał się w karty światowego kina. Obraz polecam wszystkim – kwintesencja „X Muzy”.

Palacz zwłok

Tytuł oryginalny: Spalovač mrtvol
Gatunek: Dramat, Psychologiczny
Rok: 1969
Reżyseria: Juraj Herz
Scenariusz: Juraj Herz, Ladislav Fuks
Muzyka: Zdeněk Liška

Film ten jest stosunkowo mało znany w Polsce, a szkoda, bo to wyjątkowa pozycja w kinie naszych południowych sąsiadów. Dla mnie osobiście jeden z najbardziej hipnotyzujących (obok filmów Lyncha, Cronenberga czy też Stana Kubricka) obrazów. Gdy się go ogląda w samotny wieczór, to może panować wręcz niepokojąca atmosfera – przez wielu poprzez fabułę film Herza klasyfikowany jest także jako horror. Całkiem słusznie – pod względem studium szaleństwa nie ustępuje „Lśnieniu”.

Początek wydaje się być całkiem normalny, poznajemy Szanownego Pana Kopfrkingla. Ma on rodzinę, jest zawsze schludnie ubrany, uczesany i słucha klasycznej muzyki – pracuje on jednak w praskim krematorium. Przez swój zawód powoli popada w obłęd, a swoją pracę traktuje wręcz z wyższością, po jego ingerencji: w 75 minut kłopotliwe ludzkie zwłoki zamieniają się w garstkę prochu, a dusza – jak lubi powtarzać – ulatuje w eter. Co jakiś czas spotyka także dziwną postać kobiety w czerni, która w filmie nie wymawia żadnego słowa (jest postacią symboliczną, która urozmaica nam odbiór).

Film ten na pewno nie jest prosty w odbiorze, nie jest to też produkcja dla każdego, kto chce spędzić wieczór przy lekkim filmie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wręcz przerażającą jest to jak ten psychodeliczny obraz zostaje w głowie. Oprócz poetyckiego przedstawienia popadania w obłęd głównego bohatera (świetnie zagranego przez Rudolfa Hrušínskiego) Herz ukazuje nam także jak łatwo można zmanipulować takiego człowieka i wykorzystać także w niecnych celach. Ważnym aspektem, który dodaje do właśnie takiego klimatu jest bardzo psychodeliczna muzyka Zdenka Liski, która po seansie może wam chodzić długo po głowie… Gdybym miał go porównać pod względem poczucia niepokoju podczas seansu do innych znanych mi filmów mógłbym powiedzieć tylko o „Johnny poszedł na wojnę” Daltona Trumbo, który powstał jednak później.

Jabłka Adama

Tytuł oryginalny: Adams æbler
Gatunek: Czarna komedia, dramat
Rok: 2005
Reżyseria: Anders Thomas Jensen
Scenariusz: Anders Thomas Jensen
Muzyka: Jeppe Kaas

Film młodego duńskiego reżysera Andersa Jensena jest według mnie jednym z najlepszych wśród europejskich w ostatnich kilku latach. Jest w nim wszystko co powinien zabierać dobry film – świetne dialogi, dramat, przesłanie (nie z tych tanich), dobre zdjęcia oraz specyficzny humor. Nie jest to raczej film z tych trudnych do odbioru, właśnie poprzez komediową konwencję reżyser przedstawia nam wcale nie błahe tematy w sposób niezwykły.

Do małego wiejskiego ośrodka resocjalizacyjnego trafia tytułowy Adam, neonazista, dla którego największym wzorcem osobowym jest Adolf Hitler. Jego wychowawcą staje się pastor Ivan, który ma bardzo specyficzne podejście do podopiecznych. Na wstępie Adam dostaje możność wybrania sobie zadania, które zobowiązuje się wypełnić podczas pobytu w ośrodku. Od niechcenia rzuca, że może zrobić ciasto z jabłoni stojącej przed budynkiem. Wszyscy dookoła jego wydają mu się szurnięci, z Ivanem na czele, który to uważa, że wszystkie złe rzeczy, które mu się przytrafiły są karą od Boga i pokornie się z nimi godzi. Jego misja upieczenia jabłecznika wcale też nie jest prosta jak się wydawało.

To co podaje nam Jensen jest naprawdę czymś niezwykłym i nietypowym, neonazista, który w nowym miejscu wydaje się być najbardziej normalnym ze wszystkich? Film okraszony także bardzo pasującą do niego muzyką. Za obraz ten, młody duński reżyser (mimo 40 lat ma już Oscara na koncie) otrzymał także wiele nagród na różnych europejskich festiwalach. Na pewno nie na próżno.

Nic śmiesznego

Tytuł oryginalny: Nic śmiesznego
Gatunek: Dramat, Komedia
Rok: 1995
Reżyseria: Marek Koterski
Scenariusz: Marek Koterski
Muzyka: Bernard Kawka

Marek Koterski dla przeciętnego polskiego widza znany jest przede wszystkim z świetnego zresztą „Dnia świra”. Lecz jego wcześniejszy film „Nic śmiesznego” opowiadający także losy Adasia Miauczyńskiego (nie mylić jednak tych postaci) nie jest według mnie wcale gorszy, a nawet pod pewnymi względami przewyższa bardziej znany, późniejszy obraz polskiego reżysera. Film nie spodoba się każdemu, bo jest to bardzo specyficzne dzieło przepełnione czarnym humorem.

Na początku filmu znajdujemy się w kostnicy, gdy to pewni sanitariusze szpitalni przeglądają zwłoki, a w jednym z nieboszczyków, których mają przygotować do pogrzebu rozpoznają znanego reżysera filmów pornograficznych – Adama Miauczyńskiego. Cała akcja filmu przedstawiona jest w postaci retrospekcji, opowiada nam nieszablonowe życie głównego bohatera, jego pierwsze nieudane przygody w filmowym biznesie i liczne miłości, aż do momentu śmierci.

W produkcji tej usłyszymy wiele świetnych dialogów, przy niektórych wręcz będziemy umierać ze śmiechu, ale na końcu filmu ja osobiście bardzo współczułem Adasiowi, gdyż nawet jego śmierć była żałosna. Na dodatek słowa samego odchodzącego umarlaka (w tej roli Cezary Pazura): „I jak ja stanę przed bogiem, czy bogami może? Co będę reprezentował gdy zacznę przestawać być?”. Niesamowite jest jak film, podczas którego co chwila się śmiejemy na końcu skłania do refleksji i porusza tak uniwersalne treści bytu. Polecam miłośnikom polskiego kina na wysokim poziomie.