Palacz zwłok

Tytuł oryginalny: Spalovač mrtvol
Gatunek: Dramat, Psychologiczny
Rok: 1969
Reżyseria: Juraj Herz
Scenariusz: Juraj Herz, Ladislav Fuks
Muzyka: Zdeněk Liška

Film ten jest stosunkowo mało znany w Polsce, a szkoda, bo to wyjątkowa pozycja w kinie naszych południowych sąsiadów. Dla mnie osobiście jeden z najbardziej hipnotyzujących (obok filmów Lyncha, Cronenberga czy też Stana Kubricka) obrazów. Gdy się go ogląda w samotny wieczór, to może panować wręcz niepokojąca atmosfera – przez wielu poprzez fabułę film Herza klasyfikowany jest także jako horror. Całkiem słusznie – pod względem studium szaleństwa nie ustępuje „Lśnieniu”.

Początek wydaje się być całkiem normalny, poznajemy Szanownego Pana Kopfrkingla. Ma on rodzinę, jest zawsze schludnie ubrany, uczesany i słucha klasycznej muzyki – pracuje on jednak w praskim krematorium. Przez swój zawód powoli popada w obłęd, a swoją pracę traktuje wręcz z wyższością, po jego ingerencji: w 75 minut kłopotliwe ludzkie zwłoki zamieniają się w garstkę prochu, a dusza – jak lubi powtarzać – ulatuje w eter. Co jakiś czas spotyka także dziwną postać kobiety w czerni, która w filmie nie wymawia żadnego słowa (jest postacią symboliczną, która urozmaica nam odbiór).

Film ten na pewno nie jest prosty w odbiorze, nie jest to też produkcja dla każdego, kto chce spędzić wieczór przy lekkim filmie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wręcz przerażającą jest to jak ten psychodeliczny obraz zostaje w głowie. Oprócz poetyckiego przedstawienia popadania w obłęd głównego bohatera (świetnie zagranego przez Rudolfa Hrušínskiego) Herz ukazuje nam także jak łatwo można zmanipulować takiego człowieka i wykorzystać także w niecnych celach. Ważnym aspektem, który dodaje do właśnie takiego klimatu jest bardzo psychodeliczna muzyka Zdenka Liski, która po seansie może wam chodzić długo po głowie… Gdybym miał go porównać pod względem poczucia niepokoju podczas seansu do innych znanych mi filmów mógłbym powiedzieć tylko o „Johnny poszedł na wojnę” Daltona Trumbo, który powstał jednak później.

Reklamy

Jabłka Adama

Tytuł oryginalny: Adams æbler
Gatunek: Czarna komedia, dramat
Rok: 2005
Reżyseria: Anders Thomas Jensen
Scenariusz: Anders Thomas Jensen
Muzyka: Jeppe Kaas

Film młodego duńskiego reżysera Andersa Jensena jest według mnie jednym z najlepszych wśród europejskich w ostatnich kilku latach. Jest w nim wszystko co powinien zabierać dobry film – świetne dialogi, dramat, przesłanie (nie z tych tanich), dobre zdjęcia oraz specyficzny humor. Nie jest to raczej film z tych trudnych do odbioru, właśnie poprzez komediową konwencję reżyser przedstawia nam wcale nie błahe tematy w sposób niezwykły.

Do małego wiejskiego ośrodka resocjalizacyjnego trafia tytułowy Adam, neonazista, dla którego największym wzorcem osobowym jest Adolf Hitler. Jego wychowawcą staje się pastor Ivan, który ma bardzo specyficzne podejście do podopiecznych. Na wstępie Adam dostaje możność wybrania sobie zadania, które zobowiązuje się wypełnić podczas pobytu w ośrodku. Od niechcenia rzuca, że może zrobić ciasto z jabłoni stojącej przed budynkiem. Wszyscy dookoła jego wydają mu się szurnięci, z Ivanem na czele, który to uważa, że wszystkie złe rzeczy, które mu się przytrafiły są karą od Boga i pokornie się z nimi godzi. Jego misja upieczenia jabłecznika wcale też nie jest prosta jak się wydawało.

To co podaje nam Jensen jest naprawdę czymś niezwykłym i nietypowym, neonazista, który w nowym miejscu wydaje się być najbardziej normalnym ze wszystkich? Film okraszony także bardzo pasującą do niego muzyką. Za obraz ten, młody duński reżyser (mimo 40 lat ma już Oscara na koncie) otrzymał także wiele nagród na różnych europejskich festiwalach. Na pewno nie na próżno.

Nic śmiesznego

Tytuł oryginalny: Nic śmiesznego
Gatunek: Dramat, Komedia
Rok: 1995
Reżyseria: Marek Koterski
Scenariusz: Marek Koterski
Muzyka: Bernard Kawka

Marek Koterski dla przeciętnego polskiego widza znany jest przede wszystkim z świetnego zresztą „Dnia świra”. Lecz jego wcześniejszy film „Nic śmiesznego” opowiadający także losy Adasia Miauczyńskiego (nie mylić jednak tych postaci) nie jest według mnie wcale gorszy, a nawet pod pewnymi względami przewyższa bardziej znany, późniejszy obraz polskiego reżysera. Film nie spodoba się każdemu, bo jest to bardzo specyficzne dzieło przepełnione czarnym humorem.

Na początku filmu znajdujemy się w kostnicy, gdy to pewni sanitariusze szpitalni przeglądają zwłoki, a w jednym z nieboszczyków, których mają przygotować do pogrzebu rozpoznają znanego reżysera filmów pornograficznych – Adama Miauczyńskiego. Cała akcja filmu przedstawiona jest w postaci retrospekcji, opowiada nam nieszablonowe życie głównego bohatera, jego pierwsze nieudane przygody w filmowym biznesie i liczne miłości, aż do momentu śmierci.

W produkcji tej usłyszymy wiele świetnych dialogów, przy niektórych wręcz będziemy umierać ze śmiechu, ale na końcu filmu ja osobiście bardzo współczułem Adasiowi, gdyż nawet jego śmierć była żałosna. Na dodatek słowa samego odchodzącego umarlaka (w tej roli Cezary Pazura): „I jak ja stanę przed bogiem, czy bogami może? Co będę reprezentował gdy zacznę przestawać być?”. Niesamowite jest jak film, podczas którego co chwila się śmiejemy na końcu skłania do refleksji i porusza tak uniwersalne treści bytu. Polecam miłośnikom polskiego kina na wysokim poziomie.

Filmy krótkometrażowe

Krótkometrażówki – przez wielu po prostu lekceważone, bo jak pięcio czy dziesięcio minutowe filmy mogą się równać z produkcjami pełnometrażowymi? Otóż muszę powiedzieć, że jakiś czas temu miałem też co do tego spore wątpliwości. Po obejrzeniu coraz to więcej takich produkcji upewniałem się jednak, że można wśród nich znaleźć prawdziwe perełki, a każdy z wielkich dziś reżyserów zaczynał kiedyś od kilkuminutowych etiud. Nie jest jednak łatwo odszukać produkcje takie, które zasługują na uwagę, ponieważ nie są one tak reklamowane jak ich dwugodzinne odpowiedniki. Zachęcam do obejrzenia choć jednego z poniższych filmów (zajmuje to tylko kilka minut,a można je odnaleźć w sieci) to może przekonacie się do recenzowanych przeze mnie filmów pełnometrażowych.

 

Dom z małych kostek (2008)
Oryginalny tytuł: Tsumiki no ie
Reżyseria: Kunio Katô
Czas trwania: 12 min
Animowany film pokazujący historię starego już i samotnego mężczyzny, który mieszka w domu otoczonym dookoła wodą. Gdy morze podnosi co jakiś czas poziom wszyscy z okolicy się wynoszą, jednak nasz bohater nie chce tego zrobić. Dlaczego? Zobaczcie sami. Piękna opowieść o przywiązaniu i wspomnieniach z przeszłości.

 

More (1998)
Oryginalny tytuł: More
Reżyseria: 
Mark Osborne
Czas trwania: 
6 min
Także animowana opowieść, tym razem o zwykłym człowieku, który pracuje w pewnej fabryce codziennie robiąc to samo, aż do pewnego razu, kiedy to wynalazł okulary, przez które świat wygląda lepiej. Zdobywa tak sławę, pieniądze – to czego pożądał, ale stracił coś co chyba jest jednak ważniejsze.

moreVF

 

Równowaga (1989)
Oryginalny tytuł: Balance
Reżyseria: Ch,W,CH. Lauenstein
Czas trwania: 7 min
Kolejna animacja, obraz bardzo metaforyczny. Pięć osób „mieszka” na platformie w bliżej nieokreślonym miejscu. Pewnego razu dostaje się tam pewna paczka, każdy jest ciekaw jej zawartości. Film o tym, że będąc egoistą nie da się osiągnąć celu, ale interpretację pozostawiam każdemu z osobna.
balance

 

Vincent (1982)
Oryginalny tytuł: Vincent
Reżyseria: Tim Burton
Czas trwania: 6 min
Wręcz poetycka animacja z Vincentem Price w roli narratora. Opowieść o młodym chłopcu, Vincencie Malloy’u, który z pozoru jest zwyczajnym młodzieńcem, jednak w rzeczywistości jest On zafascynowany śmiercią, opowiadaniami Edgara Allana Poe oraz właśnie Vincentem Price.

 

Skhizein (2008)
Oryginalny tytuł: Skhizein
Reżyseria: Jérémy Clapin
Czas trwania: 13 min
Chyba mój faworyt. Animacja przedstawia historię człowieka, który po pewnym zdarzeniu (uderzeniu meteorytu) zmuszony jest żyć 91 cm od samego siebie. Z pozoru komiczny film staje się dla widza przejmującą opowiastką, którą serwuje nam francuski reżyser.

Moon

Tytuł oryginalny: Moon
Gatunek: Sci-fi, dramat
Rok: 2009
Reżyseria: Duncan Jones
Scenariusz: Nathan Parker
Muzyka: Clint Mansell

Jestem fanem kina science fiction, wprawdzie tego bardziej klasycznego jak choćby niezapomniana „Odyseja kosmiczna: 2001” lub bardziej nasiąkniętego akcją jak „Obcy: 8 pasażer Nostromo”, tym bardziej byłem zaskoczony, gdy oglądałem film „Moon” z 2009 roku. Nie sądziłem, że można wnieść jeszcze coś nowego do tego gatunku i jeszcze na tyle odkrywczego i za stosunkowo mały budżet (5,000,000 $) jak na produkcje tego typu z ostatnich 5 lat. Przypomnijmy choćby: „Dystrykt 9” (30,000,000 $), „Super 8” (50,000,000 $) o „Transformers” (150,000,000 $) nie wspominając.  Taki jednak urok dzisiejszego kina. Piszę właśnie o Moon, bo film spod znaku sci-fi, a broni się fabułą oraz dosyć solidną grą aktorską.

W filmie Parkera główną postacią jest Sam Bell, który to w ramach projektu firmy Lunar samotnie przebywa przez 3 ostatnie lata w siedzibie kosmicznej na księżycu, by badać i pozyskiwać cenny gaz – Hel 3. Jedynym jego towarzyszem przez ten czas był inteligentny komputer – GERTY. Sam co jakiś czas poprzez program komputerowy dostaje jedynie wiadomości wideo od swojej żony Tess, nie mogąc doczekać się spotkania z Nią. Jego kontrakt nieuchronnie dobiega końca. W ostatnich dwóch tygodniach jednak popada on niejako w obłęd, wydaje mu się, że nie jest on jedynym człowiekiem na tej stacji. Może jednak przypuszczenia Sama są prawdziwe?

Mimo, że „Moon” to tak na prawdę dzieło jednego aktora to jest co oglądać. Sam Rockwell, znany jako „Dziki Bill” z „Zielonej Mili” w głównej roli jest niemal bezbłędny. Świetny głos pod komputer GERTY podkładał Kevin Spacey. Do jakże spokojnej narracji filmu idealnego klimatu dodaje muzyka Clinta Mansella. Film ten to obraz zupełnie kameralny, ale niezwykle przemyślany jak na produkcje z ostatnich lat, które w większości po prostu są słabe. Polecam najmocniej.

Ostatnie kuszenie Chrystusa

Tytuł oryginalny: The Last Temptation of Christ
Gatunek: Dramat, Biblijny
Rok: 1988
Reżyseria: Martin Scorsese
Scenariusz: Paul Schrader
Muzyka: Peter Gabriel, Shankar

Znowu film noszący miano kontrowersyjnego, tym razem jednak zupełnie nie wiem dlaczego. Film Martina Scorsese, jednego z najlepszych reżyserów amerykańskich w historii nie jest jednak ekranizacją Biblii jak mogłoby się zdawać po tytule, a powieści Greka Nikos Kazantzakis o tym samym tytule. Sam reżyser zaznacza to w napisach początkowych. Dla mnie osobiście to jeden z tych filmów, które zapadły mi najbardziej w pamięć. Jest to produkcja typu, której raczej się nie zapomina.

Fabuła filmu jest dość odmienna od pozostałych produkcji tego typu. Jezus Chrystus w filmie przedstawiony jest jako najzwyklejszy człowiek, który także miewa momenty kryzysu, wątpienia. Jest on niemal na każdym etapie kuszony przez demony, które to próbują nakłonić do grzechu Syna Bożego. Jezus przez pierwszą połowę filmu tak na prawdę nie wie co przeznaczył dla niego Pan – jego Ojciec, próbuje szukać jakiś wskazówek, które nie bez problemu otrzymuje. Godzi się ze swoim losem i jest gotowy ponieść śmierć na krzyżu w imię wszystkich ludzi na ziemi. Do ostatniego kuszenia dochodzi właśnie, gdy Chrystus wisi już na krzyżu.

Poza wręcz rewelacyjną reżyserią chwalonego już przeze mnie Scorsese na największe uznanie zasługuje także Willem Dafoe, który wciela się właśnie w tytułową rolę, do której przymierzany był podobno także Robert De Niro. Ciekawostką jest, że na samym końcu filmu widzimy na ekranie rozświetlającą się biel. Według Scorsese efekt nie był celowy, a stało się tak przez wadliwość kamery, do której dostało się światło i zdeformowało nagranie. Czy aby na pewno sam sprzęt…

Willem Dafoe

Dziecko Rosemary

Tytuł oryginalny: Rosemary’s Baby
Gatunek: Horror, Psychologiczny
Rok: 1968
Reżyseria: Roman Polański
Scenariusz: Roman Polański
Muzyka: Krzysztof Komeda

Na temat tego filmu czytałem już wiele opinii – zarówno zachwytów jak i obelg, także pod adresem samego Romana Polańskiego, osoby na pewno kontrowersyjnej, ale też mającej wielki talent i ogromne pojęcie o kinie, którego jest wręcz ikoną i to nie tylko w Polsce i nie tylko za wszystkim znanego „Pianistę”. „Dziecko Rosemary” to przedstawiciel gatunku grozy, ale jakże różni się od typowych horrorów zwłaszcza z lat 60, gdzie w większości stawiano na powiedzmy niewysublimowane metody przestraszenia widza. Polański robi to przede wszystkim poprzez scenariusz (na podstawie powieści Iry Levin) i atmosferę swojego filmu.

Główni bohaterowi filmu – młode małżeństwo Rosemary (Mia Farrow) oraz aktor Guy (John Cassavetes) wprowadzają się do nowego domu, kamienicy na Manhattanie. Są oni kochającym się małżeństwem, którzy oczekują na przyjście swojego pierwszego dziecka. W nowym miejscu poznają wścibskich sąsiadów – starsze małżeństwo, z którymi bardziej zaprzyjaźnia się Guy. Rosemary nie czuje się jednak idealnie w wymarzonym domu, ma też bóle, o które obawia się w kontekście ciąży. Więcej co do fabuły nie chciałbym streszczać, bo zabiera to tylko i wyłącznie przyjemność z seansu.

„Dziecko Rosemary” to drugi film z Psychologicznej Trylogii Polańskiego w skład, której wchodzą także wcześniejszy „Wstręt” i późniejszy „Lokator”, które również najserdeczniej polecam. Mocy filmowi dodaje także świetna muzyka Krzysztofa Komedy i główny motyw, który wokalnie wykonała sama Mia Farrow. Dzieło Polańskiego w kontekście późniejszych filmów z tego gatunku pozostaje dzisiaj tylko niedoścignionym wzorem i jednym z najlepszych filmów grozy w historii.

John Cassavetes i Mia Farrow.